Niedoczynność tarczycy - pogromca szczupłej sylwetki (moja historia)

Już jakiś czas temu wspominałam, że na blogu pojawi się nowa tematyka, a mówiąc precyzyjniej wszystko co można otagować jako szeroko pojęty fitness, czyli zdrowe odżywianie, treningi i odchudzanie. Jednakże realizacja tego pomysłu ciągle odpływała w siną dal. Wyjaśnienie tego jest właściwie dosyć proste - otóż łatwo się wypowiadać w tym temacie jeśli problem odchudzania jest spowodowany po prostu zbyt dużym pochłanianiem jedzenia i zbyt rzadkim wykonywaniem jakichkolwiek ćwiczeń innych niż siadanie i wstawanie z kanapy w celu udania się po kolejną porcję przekąsek. W tym wypadku odchudzanie jest zazwyczaj dosyć proste - wystarczy odstawić fast-foody, napakowane cukrem napoje oraz zmniejszyć znacząco pochłanianie słonych przekąsek i słodyczy. To w połączeniu z nieznacznym wysiłkiem w postaci kilku treningów w tygodniu powinno w określonym czasie dać pozytywne rezultaty. Sytuacja ma się inaczej kiedy na to czy tyjemy nie do końca mamy wpływ. Pomyślałam, że może warto zacząć cały cykl nowych postów na blogu od opowiedzenia dlaczego w ogóle do szczęścia potrzebne mi zrzucenie kilku kilogramów, a także dlaczego nie jest to takie łatwe jak mogłoby się wydawać...

Niedoczynność tarczycy to pogromca szczupłej sylwetki. 

photo source: biomedical.pl

Odkąd pamiętam nie miałam nigdy żadnych problemów z nadprogramowymi kilogramami. Po prostu zawsze byłam szczupła. Nigdy tak naprawdę nie martwiłam się wagą, bo nie było takiej potrzeby. Potem przyszły studia, czyli mało spania i dużo jedzenia, które niekoniecznie znalazłoby uznanie dietetyków ;) No, ale któż by się tym przejmował, młodzi jesteśmy raz, studia to podobno najlepszy okres naszego życia, a jeśli się ma dobrą przemianę materii i rusza swoje zgrabne cztery litery nie tylko z domu na uczelnię i do klubu to pizza czy McDonald's nie powinny martwić naszych bioder. Jak się okazuje nie zawsze jest to tak oczywiste, a organizm potrafi niespodziewanie spłatać nam figla. I oto w połowie studiów pojawiają się pierwsze nadprogramowe kilogramy. No, ale jak się nie za bardzo dbało o to czy się je i co się je to nie ma się czemu dziwić. Nie ma sprawy, da się to szybko naprawić. Lekka korekta diety oraz treningi od 3 do 5 razy w tygodniu i zasoby tłuszczu topnieją w oka mgnieniu. Problem rozwiązany, ale czy na pewno? Właściwie dlaczego waga po fazie stagnacji nagle zaczęła wzrastać? Aaa, no tak, przecież ćwiczenia budują mięśnie, można ważyć więcej, a wyglądać lepiej. Ok, gra gitara.

Niestety ta gitara chyba była zepsuta, bo kilogramy wzrastały nadal, ale wcale lepiej nie wyglądałam. Co udało mi się zbić nowo nabyte kilogramy tłuszczu to wracały na nowo, ze zdwojoną siłą. Wtedy po raz pierwszy przed moimi oczami ukazuje się zagadnienie niedoczynności tarczycy. Wujek Google jak zwykle przyszedł z pomocą. Poczytałam, przeanalizowałam i stwierdziłam, że może warto to sprawdzić, choć w tamtym czasie żadnych objawów, prócz tycia nie zauważyłam, a może po prostu nie zwracałam na nie uwagi lub po prostu przypisałam je czemuś innemu, bo w końcu każdy z nas czasem jest zmęczony czy zirytowany. Udałam się więc do lekarza. Usłyszałam, że nie dostanę skierowania na badanie TSH, bo jest zbędne. Nie mam chorej tarczycy (serio da się to sprawdzić "na oko"?) i że po prostu wyszukuję sobie wymówki, bo tyję dlatego, że się nie ruszam i wpycham w siebie fast-foody. No może z rok wcześniej, ale to już była przeszłość. Oczywiście otrzymałam "wskazówkę" by przyjść do tej samej lekarki innego dnia jako do lekarki-dietetyczki, bo tym też się zajmowała. To chyba wiele tłumaczy. Pominę fakt, że proponowała dietę 1000 kcal do końca życia - myślę, że zastosowanie się do takiej rady sprawiłoby, że to życie byłoby bardzo krótkie.

Postanowiłam, że poradzę sobie z tym sama. Do pewnego czasu wydawało mi się, że się udało. Zrzuciłam zbędne kilogramy. Wyglądałam z powrotem jak dawna ja, czułam się świetnie i zapomniałam o całym problemie. Jednakże dbając o to co jem i nie przerywając treningów. Ten stan trwał dosyć długo, aż nagle 4 lata temu problem powrócił. Tyle tylko, że już wtedy nie tylko tycie było problemem, choć to pojawiło się najpierw, jako znak ostrzegawczy. Tyłam i tyłam, więc się zawzięłam. Dieta i treningi przygotowane specjalnie dla mnie. W końcu za kilka miesięcy miałam brać ślub, a wiadomo każda panna młoda chce wyglądać zjawiskowo. Wysiłki opłaciły się - schudłam 17 kg. Czułam się świetnie, ale postanowiłam zrzucić te ostatnie zbędne 3-5 kg. Niestety waga stanęła. Nie niepokoiło mnie to, bo to naturalna kolej rzeczy. Tak się dzieje i trzeba to przetrwać, a potem waga ruszy ponownie. Owszem ruszyła, ale w górę. W zastraszającym tempie. Nie pomagały diety i treningi. Przestałam być głodna. Musiałam jeść na siłę, bo najzwyczajniej nie odczuwałam głodu. Jeden posiłek dziennie był dla mojego organizmu wystarczający. Wmuszanie w siebie jedzenia było katorgą. Do tego wieczne zmęczenie, budziłam się i właściwie za 2 godziny mogłabym ponownie się położyć. Jak dodamy do tego wypadające garściami włosy, potwornie suchą skórę, bóle brzucha, głowy, nieustanne odczuwanie zimna (ja w 3 bluzach, a inni w krótkich rękawkach), obolałe mięśnie, nawet wypadanie rzęs (przez jakiś czas nie malowałam ich w ogóle tuszem, bo wyglądały gorzej - jakbym miała trzy rzęsy na krzyż), wieczne rozdrażnienie i najgorsze - "dziury w pamięci" kiedy pamięć miałam zawsze fantastyczną. To wszystko skłoniło mnie do natychmiastowego udania się do lekarza. 

Lekarz zlecił badania i o dziwo, pierwszy raz, trafiłam na lekarza z powołania, a nie takiego, który tylko odbębnia swoje 8 godzin i reszta go nie interesuje, bo NFZ i tak zapłaci. Odebrałam wyniki i czekając na kolejną wizytę poszperałam w zasobach Wujka Googla. Dodam tylko, że moje TSH było "w normie" (górny pułap wynosił 4,20, a u mnie było to 3,96). Okazało się, że mam klasyczne objawy niedoczynności, a to, że wynik teoretycznie mieści się w granicach normy wcale nie znaczy, że tej niedoczynności nie ma. Diagnoza - utajona niedoczynność tarczycy i dziesiątki badań do wykonania. Niestety dostanie się do endokrynologa jest niemożliwe (chyba, że za jakieś 5 lat), a wizyta prywatna nie oznacza, że lekarz nam pomoże. Byłam np. u takiej doktor, która sama była taka jak ja, ale w 3 osobach razem i mimo, iż tłumaczyłam, że mam problem z jedzeniem, bo jem mało i muszę się do tego jedzenia zmuszać i ćwiczę dużo, a waga wzrasta to usłyszałam, że kłamię, bo tak mówią wszyscy i ona wie, że ja jem same fast-foody i popijam colą, a to przegryzam chipsami. Może dodam, że w tamtym czasie już od 2 lat nie piłam żadnych kolorowych napoi gazowanych, a w fast-foodzie typu KFC czy McDonald's byłam blisko 1,5 roku temu. No, ale przecież lekarka wie lepiej. Skasowała 150 zł i jako remedium na mój problem zapisała porady dietetyczne u swojej koleżanki. Niestety, przykro to stwierdzić, ale właśnie przez takich lekarzy wiele osób jest chorych nawet o tym nie wiedząc albo chorych, bo lekarze nawet nie zwracają uwagi na to co się do nich mówi. Kasa, kasa, kasa.

W tym momencie moja lekarka rodzinna stanęła na wysokości zadania i po prostu pokierowała mnie informując jakie badania powinnam zrobić, niestety ona jako lekarz rodzinny skierowań na te badania nie może wypisywać. Dostaniecie je tylko od endokrynologa, ale tylko tego na NFZ, jak pójdziecie prywatnie to i tak Wam tych skierowań nie wypiszą i będziecie musiały je robić odpłatnie. No więc skoro już wiedziałam, że to na pewno niedoczynność to trzeba było wykluczyć jej zapalenie. Oczywiście, wiecie jak to jest - jak już wiecie co Wam jest to wyszukujecie na ten temat informacji, a Wujek Google jest jak zwykle drastyczny i się dowiedziałam, że mogę mieć jeszcze wszelkiego rodzaju zapalenia tarczycy czy nawet guzy na niej co sprawiłoby, że jedynym wyjściem byłaby operacja tarczycy

Na pierwszy ogień poszło usg tarczycy gdzie ponownie trafiłam na świetną lekarkę, która zobaczywszy, że mam tarczycę 2,5 raza mniejszą niż normalnie być powinna od razu pozapisywała mi jakie badania powinnam zrobić dalej by wykluczyć zapalenie. Okazało się, że najprawdopodobniej niedoczynność tarczycy miałam już od wielu, wielu lat i dlatego jest ona taka mała. Na szczęście nie stwierdzono na niej guzów. Nie było również żadnego stanu zapalnego. Jedyne zalecenia to odpowiednia dawka syntetycznych hormonów tarczycy. Wydawałoby się, że to koniec moich problemów. Poziom hormonów zostanie wyrównany, a ja uporam się wówczas ze zbędnymi kilogramami. Otóż niestety nie jest to takie proste. Od 3 lat lekarze starają się wyrównać mój poziom hormonów i sprawić, że wreszcie schudnę. Raz jest lepiej raz gorzej, raz chudnę, raz tyję. To jak jazda na rollercoasterze. Niemniej walczę i wierzę, że jednak uda mi się powrócić do dawnej sylwetki. Mogę tylko dziękować losowi, że mam 176 cm wzrostu i moje nadprogramowe kilogramy mają wysoką powierzchnie do równomiernego rozłożenia więc nikt nie daje mi wagi, którą tak naprawę mam. Ostatnio udało mi się zrzucić 4 kg, co prawda 2 kg wróciły, ale już 1,1 kg z tych 2 nowo nabytych zgubiłam więc może jest nadzieja, że tym razem to ja wygram tę nieustanną walkę ze zbędnymi kilogramami.

Tak właśnie, w kilku słowach, wygląda moja historia z odchudzaniem. Skoro już po krótce wyjaśniłam powody, dla których w ogóle się odchudzam to myślę, że jest to dobry zaczątek do nowego cyklu postów - pojawi się w nim wszystko co jest związane z tematyką pozbywania się zbędnych kilogramów, mając na uwadze niedoczynność tarczycy, która skutecznie próbuje uniemożliwić osiągnięcie zgrabnej sylwetki.

photo source: www.ihit.waw.pl

Jeśli macie podobny problem z przyrostem masy i niemożnością jej zrzucenia to może warto się przyjrzeć objawom niedoczynności tarczycy i wykonać kilka badań.

Niedoczynność tarczycy może się objawiać w następujący sposób:
- ciągle zmęczenie, nadmierna senność
- stałe odczuwanie zimna (nawet wtedy gdy jest bardzo ciepło)
- zaparcia
- przyrost wagi mimo braku apetytu
- osłabiona zdolność koncentracji, problemy z pamięcią
- suchość skóry
- wypadanie włosów
- bóle mięśni i stawów
- rozregulowanie cyklu - nieregularne miesiączki
- zmienne nastroje, rozdrażnienie
- zmniejszenie libido.

To tylko niektóre z możliwych objawów niedoczynności tarczycy - jak pewnie same zauważyłyście połączenie ich z niedoczynnością wcale nie jest takie oczywiste, bo też i objawy są raczej dość spotykane, a nie zawsze wiążą się z czymś poważniejszym.

Warto jednak zaznaczyć, że odpowiednio szybkie zdiagnozowanie niedoczynności tarczycy jest niezwykle ważne jeśli myślicie o poczęciu dziecka. Nieleczona niedoczynność może spowodować: zwiększone ryzyko poronienia, przedwczesny poród oraz nieprawidłowy rozwój płodu. Dlatego też tak ważne jest szybkie rozpoznanie i rozpoczęcie leczenia. Na początek watro wykonać badanie TSH oraz FT4. Skierowanie na badanie TSH uzyskacie od swojego lekarza rodzinnego, a badanie FT4 to koszt ok. 30 zł.

9 komentarzy:

  1. Ja od lat choruje na Tocznia, a tydzień temu dowiedziałam się, że doszła mi do tego Niedoczynność Tarczycy i Insulinooporność. Kolejne leki i kolejny strach przed przytyciem. Mam uczulenie na laktoze, fruktoze, gluten, więc niewiele mi zostaje do jedzenia, szczególnie, że przy chorobach autoimmunologicznych powinno się ograniczyć węgle, więc nic mi po bezglutenowych makaronach itp.
    Mimo stałej diety i ćwiczeń nie jest łatwo. Trzeba się na maxa pilnować, po paru latach ma się tego dość, że ciągle trzeba się trzymać i nie ma nawet mowy o "cheat meal" czy czymś podobnym.
    Na szczęście to tylko część Naszego życia, a nie jego sens.
    Życzę Nam siły do walki z choróbskami, bo to chyba najbardziej potrzebne. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. podpisuję się pod tym, bo wszyscy zawsze lepiej wiedzą (włącznie z lekarzem), że tyjesz od jedzenia pożeranego 24/dobę
    u mnie powodem okazał się za wysoki poziom prolaktyny, choć oczywiście wszyscy lekarze celowali w tarczycę a ta wychodziła w normie (ja nie odpuściłam i nie dałam się zbyć), bo wcześniej to co najwyżej do dietetyka namiar chcieli dawać ;p wrócić do swojej wagi to wiadomo, ale mnie interesowała przyczyna wzrostu wagi, skoro odżywiałam się dobrze i bardzo zdrowo w większości

    OdpowiedzUsuń
  3. Znam to z autopsji. Trzymam dietę (no zdarzą się jakieś małe odstępstwa), ćwiczę nawet i 5-6 razy w tygodniu. I co? Od początku roku schudłam 5 kg (jak na 9 miesięcy to kiepsko). Załamać się można. TSH skacze mi jak szalone raz mam 4.68 innym razem 2.5. Endokrynolog kolejki roczne. Sama nie wiem już co mam robić :(

    w 2012 roku schudłam 10 kg, ale spowodowane było to chorobą (3 tyg leżenia w szpitalu pod kroplówką). Później dodatkowo schudłam 5 kg, lekarz tak zalecił dla zdrowia. Ważyłam 67 kg i byłam przeszczęsliwa. Nie zmieniając nawyków żywieniowych z dnia na dzień waga podskoczyła do 82 kg. Ktoś powie, że klasyczny efekt jojo... Pytanie tylko po czym skoro ćwiczysz, wylewasz poty i praktycznie większości rzeczy sobie odmawiasz... Tarczyca po prostu się ze mnie śmieje.

    Więc jak słyszę komentarze, że żeby schudnąć trzeba po prostu "ruszyć dupę" to mnie krew zalewa. To wcale nie takie proste jeśli ma się problem z hormonami. Szkoda, że społeczeństwo w dobie bycia fit uważają często, że osoby z nadprogramowymi kilogramami są leniwe. Ja taka nie jestem. Ćwiczę ale niestety efektów brak. To demotywuje, ale przynajmniej nie spoczywam na laurach.

    OdpowiedzUsuń
  4. Również miałam podejrzenie niedoczynności tarczycy. Ok, nie byłam może wzorem nigdy, jeśli chodzi o figurę, ale też gruba nie byłam, mieściłam się w normie. Aż tu nagle bach, jakieś 5 lat temu zaczęłam tyć bez żadnych powodów, wieczne zmęczenie, rozdrażnienie, a okresu potrafiłam nie mieć po pół roku. O ile o nadwagę wtedy obwiniałam siebie (miałam 17 lat), to ten ostatni sygnał wysłał mnie wreszcie do ginekologa. Oczywiście wizyta na NFZ, moja pierwsza wizyta u ginekologa w życiu. Wyszłam po niej z płaczem, bo "szanowny PAN doktor" potraktował mnie tak, jakbym była kolejną nieodpowiedzialną nastolatką w ciąży. Na szczęście moja mama była ze mną i znalazła mi inną lekarkę. I tak się zaczęło: najpierw USG, które wykazało, że wszystko jest ok. Później badania tarczycy - o dziwo również ok. Lekarka wysłała mnie do endokrynologa. Pierwsze kroki - NFZ. BŁĄD. Poszłam na początku października, a tam zaśpiewano mi, że wizyta w kwietniu. Niby nie najgorzej, ale byłam w klasie maturalnej, więc ten termin mi nie pasował. Udało mi się dostać prywatnie do pewnej bardzo miłej pani, jednak na wszelki wypadek mama zapisała mnie też na ten NFZ. Była dosłownie trzy dni później i zapisy już były na wrzesień. NFZ - Nie Fundujemy Zdrowia ;). Na szczęście obyło się bez takich oczekiwań, bo lekarka, do której poszłam prywatnie, okazała się bardzo kompetentną osobą. Od razu po opisanych dolegliwościach skierowała mnie na badanie poziomu prolaktyny, gdyż wiele młodych dziewczyn ma z nią problem. Był to strzał w dziesiątkę. Miałam bardzo przekroczoną prolaktynę w organizmie, czyli innymi słowy cierpiałam na hiperprolaktynemię. Zgarnęła co prawda 100 zł za wizytę pierwszą, ale jak przyszłam z wynikami po receptę na leki - nie wzięła ode mnie nic. Przez 3 miesiące brałam tabletki i po tej kuracji byłam jak nowa. Skończyły się humorki, wrócił okres (co prawda z gorszym PMSem, ale koniec końców było warto), a zbędne kilogramy? Przed leczeniem przy wzroście 163 cm ważyłam 73 kg i za Chiny nie mogłam tego zrzucić. Kurację zakończyłam w styczniu 2011 roku, w październiku poszłam na studia i ważyłam już wtedy 57-59 kg. Ludzie nie mogli się nadziwić ;). Zmieniłam niewiele w swej diecie, trochę więcej spacerowałam. Rok temu całkowicie zmieniłam dietę, ćwiczę regularnie i dzisiaj ważę już 53-54 kg. Nie chcę nic więcej, nic mniej, tak jest idealnie. Akceptuję teraz swój wygląd i co najważniejsze - po ponownych badaniach na poziom prolaktyny wyszło, że jestem zdrowa :). Pewnie dalej bym się z tym borykała, gdybym nie trafiła do odpowiedniej osoby.
    Ale się rozpisałam ;P. Hormony to najgorsza rzecz, jaka może się popsuć w organizmie, więc trzymam mocno kciuki za Twoją tarczycę :).

    OdpowiedzUsuń
  5. Problemy z tarczycą mam ale innego rodzaju a mianowicie nowotworowe na szczęście łagodne. 1 operacja wycięty sam guz. 2 operacja wycięte 2guzy plus prawie cała tarczyca. No i niestety szykuje się 3 operacja bo na tych resztkach tarczycy pojawiły się 2 guzy i pewnie bez operacji się nie obędzie.
    A wiecznie rozregulowana gospodarka hormonalna to już u mnie normalność

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja choruję na niedoczynność z powodu Hashimoto i moja historia jest bardzo podobna choć w moim przypadku nie zaczęło się od tycia a własnie od obniżonego nastroju i utracie koncentracji ;/ Konkretne problemy z wagą mam dopiero od roku czy dwóch i "na szczęście" przybrałam mniej niż 10 kg a BMI mam w normie (przedtem całe życie niedowaga). Polecam ci przeanalizowanie składników pokarmowych - często przy niedoczynności pomaga dieta wysokobiałkowa (ja taką ostatnio praktykuję i waga się zatrzymała) i trzymam kciuki za unormowanie hormonów chociaż na chwilę (to też pomaga rozruszać metabolizm)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja mam początki niedoczynności i może nie mam większych problemów z wagą to schudnąć też jakoś nie mogę.

    OdpowiedzUsuń
  8. OMG co za lekaże ;( współczuję! Ja trafiłam na świetną Panią doktor, która się cudownie mną zajmuje i mimo niedoczynności tarczycy (Hashimoto) czuję się świetnie i utrzymuję sensowną wagę. No, ale wszystko prywatnie, więc ma to swoją cenę... Samo zdrowie jednak jest bezcenne więc nie narzekam, tylko cieszę się, że wszystko jest ok :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój komentarz.

Na pytania postaram się odpowiedzieć pod postem, pod którym zostały zadane.

Copyright © 2016 Nuttin' But Style , Blogger